Eksperci Konferencje Leczenie ran Obok slidera

„Leczenie ran pokazuje naszą dojrzałość chirurgiczną” – wywiad z prof. Tomaszem Banasiewiczem

„Leczenie ran jest kluczowych elementem chirurgii, choć czasami jest postrzegane jako mało istotny drobiazg, dodatek czy rzecz niewarta wielkiego chirurga. Uważam, że jest wprost przeciwnie. Dobra chirurgia zaczyna się od tego, co zrobić, aby wszystko dobrze się goiło” – o chirurgii, leczeniu ran, telemedycynie i dalekich podróżach prof. dr hab. n. med. Tomasz Banasiewicz opowiedział w wyjątkowym wywiadzie dla ForumLeczeniaRan.pl.

ForumLeczeniaRan.pl, Paulina Szumlak: Czy zawsze wiedział Pan, że zostanie chirurgiem? Co skłoniło Pana do wyboru takiej drogi zawodowej?

Prof. dr hab. n. med. Tomasz Banasiewicz: Decyzję o wybraniu medycyny podjąłem bardzo późno, bo w czwartej klasie liceum. Byłem wówczas dość mocno ukierunkowany na psychiatrię i był to mój główny cel studiowania medycyny. Jednak w miarę trwania studiów zacząłem dochodzić do wniosku, że będę miał większy wpływ i w większej mierze będę mógł kształtować to, co się dzieje w pracy, wybierając chirurgię. Stała się ona więc pewną konsekwencją przekonania, że zabieg operacyjny jest – nie twierdzę, że jedynym, najlepszym czy optymalnym – rozwiązaniem dającym poczucie, że stworzyło się nową rzeczywistość.

Czyli chodziło o to, by mieć realny wpływ na zmianę. To był początek wielkiej przygody z chirurgią?

Zaczynając staż wciąż jeszcze nie do końca byłem przekonany, co będę robił. Po studiach pracowałem w zakładzie patomorfologii, byłem w tę pracę bardzo zaangażowany i bardzo miło ją wspominam. Miałem już sporą samodzielność w tak egzotycznych działaniach, jak obsługa mikroskopu elektronowego, robienie zdjęć i pierwsze próby interpretacji, a nauki podstawowe i diagnostyka były dla mnie ciekawe. Interesowała mnie też medycyna interwencyjna, ratunkowa, choć wtedy funkcjonowała pod inną nazwą. To był kierunek, który mnie pociągał, bo był przełożeniem działania na efekt. Zresztą później udało mi się to połączyć, latając na śmigłowcu ratunkowym już jako chirurg, gdzie także miałem wrażenie, że jest to bardzo sensowna praca i robi się tam rzeczy spektakularne.

23.04.2015 Odebranie nominacji profesorskiej od Prezydenta Bronisława Komorowskiego, foto: Wojciech Olkusnik/KPRP

Dużą część swojej kariery poświęcił Pan Profesor zagadnieniu leczenia ran.

Do tematu ran wszedłem „od drugiej strony”. Pracując w klinice zajmującej się głównie chorobami układu pokarmowego, zdarzały się sytuacje z bardzo ciężkimi powikłaniami u pacjentów z rozległymi przetokami i ubytkami powłoki. Były to poważne zaburzenia gojenia, które kiedyś były bardzo trudne do opanowania. Rozległe przetoki oznaczały dla pacjenta niemalże wyrok. Szukając wyjścia w przypadku konkretnych pacjentów, którym kilkanaście lat temu medycyna dawała niewielkie możliwości satysfakcjonującego wygojenia, zupełnie przypadkiem trafiłem na temat terapii podciśnieniowej, która wtedy rodziła się w USA. Poruszyłem ten temat w rozmowie z moim kolegą Maciejem Zielińskim, który wrócił ze Stanów i poznał twórcę tej metody. Zastosowaliśmy terapię podciśnieniową u naszych pacjentów, nawet nie myśląc o gojeniu rany, tylko bardziej o ratowaniu życia ludzi.

I udało się?

Udało, jednak po latach widzę, że mieliśmy bardzo dużo szczęścia, bo nasza wiedza na temat terapii podciśnieniowej była kiepska i był to rodzaj uporu, że damy radę. W trakcie tych działań jednoznacznie było widać, jak terapia podciśnieniowa pomaga w gojeniu ran. To był punkt, w którym te kwestie zaczęły mnie interesować bardziej i zacząłem się zastanawiać, jak jeszcze można poprawić gojenie ran. Lecząc spektakularne, trudno gojące się rany zacząłem obracać się w środowisku osób leczących je na co dzień. Pracowałem wtedy m.in. w powiatowych poradniach chirurgicznych przy mniejszych szpitalach, gdzie miałem do czynienia z ranami przewlekłymi, które w ogóle nie były leczone, i starałem się wprowadzać terapię podciśnieniową. Okazało się, że kompleksowe podejście do rany i logiczne działanie daje bardzo dobre rezultaty. Wchodząc głębiej w zagadnienia gojenia i regeneracji, zdałem sobie też sprawę, iż proces gojenia ran jest bardzo ściśle związany z zabiegami w obrębie jamy brzusznej, bo gojenie zespoleń jelitowych jest zbliżone do gojenia rany. Są to te same problemy, czynniki sprawcze powikłań oraz środki mogące polepszyć sytuację.

23.04.2015 Odebranie nominacji profesorskiej od Prezydenta Bronisława Komorowskiego, .foto:Wojciech Olkusnik/KPRP

Czy gojenie się ran jest zagadnieniem istotnym dla chirurga?

Śmiało mogę powiedzieć, że zajmowanie się tematem ran jest obowiązkowe we współczesnej chirurgii. Chirurg musi wiedzieć, jakie działania podjąć, żeby rana goiła się dobrze, aby uniknąć powikłań oraz powinien myśleć już przed zabiegiem, co zrobić, żeby gojenie było jak najlepsze. Rany są barometrem, jak leczymy. Leczenie ran pokazuje naszą dojrzałość chirurgiczną. Jeśli myślimy o gojeniu ran już na etapie przedoperacyjnym to znaczy, że mamy świadomość, że zabieg chirurgiczny jest bardzo ważnym elementem leczenia, ale tylko elementem.

Jak leczenie ran w świadomości chirurgów zmieniło się na przestrzeni ostatnich lat?

Kiedyś robiliśmy heroiczne, duże zabiegi, aby pacjent przeżył. Troszkę obojętnie jak, żeby przeżył. Później, żeby przeżył, w miarę funkcjonował i żeby ten czas leczenia był w miarę szybki. Teraz myślę, że jesteśmy na etapie, gdzie zastanawiamy się, jak musimy działać, żeby uniknąć problemów i ciężkich ran przewlekłych powikłanych. Bo każda rana na początku jest małą raną, którą szybko można wyleczyć. W mojej opinii leczenie ran jest kluczowych elementem chirurgii, choć czasami jest postrzegane jako mało istotny drobiazg, dodatek czy rzecz niewarta wielkiego chirurga. Uważam, że jest wprost przeciwnie. Dobra chirurgia zaczyna się od tego, co zrobić, aby wszystko dobrze się goiło.

Na co dzień pracuje Pan na Oddziale Klinicznym Chirurgii Ogólnej, Endokrynologicznej i Onkologii Gastroenterologicznej Szpitala Klinicznego im. H. Święcickiego w Poznaniu. Onkologia jest dziedziną, w której styczność ze śmiercią jest na porządku dziennym. Czy możliwe jest, aby do tego przywyknąć, mniej angażować się emocjonalnie?

Na pewno nie da się do tego przywyknąć, to jest tak po ludzku bardzo trudne. Poza tym oznaczałoby akceptację czy zgodę na poddanie się. To nie znaczy, że uważam, że zawsze należy heroicznie podejmować się zabiegów, wprost przeciwnie. Zawsze w sytuacji pacjenta onkologicznego należy zadać pytanie „co możemy dla niego zrobić?”. Czasami możemy – oby jak najczęściej – usunąć nowotwór w takim zakresie, że wyleczymy pacjenta z choroby nowotworowej. Możemy też poprawić jakość jego funkcjonowania, dać mu możliwość odżywiania się drogą dostępów chirurgicznych, a czasami możemy wspomóc go w wyleczeniu rany, która ogranicza komfort życia. Na pewno musimy mieć dużą pokorę. Gdzieś musi znajdować się granica, aby nie eskalować naszych interwencji. Nie powinna być to realizacja jakichś źle pojętych ambicji chirurgicznych. O ile śmierć pacjenta onkologicznego w terminalnym stadium choroby nowotworowej jest czymś nieuchronnym, tak my powinniśmy zawsze zastanowić się, jak jeszcze możemy przedłużyć jego życie zapewniając jego odpowiednią godność, kiedy interweniować operacyjnie a, kiedy zaś tylko, albo aż, poprawić komfort życia. Ważna jest rozmowa z pacjentem, w której szukamy punktów, które moglibyśmy poprawić. Pytamy o możliwe do zmniejszenia dolegliwości. Najgorszą rzecz, jaką może usłyszeć pacjent jest to, że już nic nie możemy zrobić. To dla niego wyrok.

Dużo mówi się obecnie o przygotowaniu lekarzy do kontaktu z pacjentem. Jaka jest opinia Pana Profesora w tej kwestii? Czy lekarze rzeczywiście mają problem z komunikacją z pacjentem?

Lekarze wszędzie, a w szczególności w Polsce, mają bardzo duży problem z organizacją swojej pracy przez szeroko pojętą administrację w szpitalach czy poradni. Lekarz stał się osobą, która musi zajmować się niemal wszystkim, co jest do wykonania i co pojawiło się dodatkowo w dokumentacji: każdy nowy dokument, obostrzenie, zobowiązanie, formularz. Lekarz rozliczany jest prawnie z dokumentacji. Byłem biegłym w wielu sprawach sądowych. Przegląda się bez końca historie chorób i na kilka tysięcy znaków, jakie lekarz wprowadził, w jednym miejscu nie wspomniał, że… i tu się zaczynają problemy. Nie chodzi o to, że bronię środowiska. Wszędzie są ludzie, którzy komunikują się lepiej, gorzej i są tacy, którzy są w tym fatalni. Kiedyś możliwość rozmowy z pacjentem była dużo łatwiejsza, bo była dostępna jakaś przestrzeń czasowa, którą można było do tego wykorzystać. Obecnie przychodząc do pracy jesteśmy cały czas do tyłu z obowiązkami wobec biurokracji medyczno-szpitalnej. Ona w bardzo dużej mierze absolutnie nie wynika z aktów prawnych, a z fatalnego systemu, konsolidacji danych. W XXI w. niektóre dane pacjenta wpisuje się w historię choroby kilkanaście razy w różnych rubrykach, kwitach, formularzach, papierkach. Pielęgniarka także musi kilkakrotnie wpisywać swoje informacje.
Jako środowisko medyczne jesteśmy niestety zabiegani. Rozmowy z pacjentem często są obcesowe i krótkie, co wywołuje całkowicie zrozumiałą frustrację jego i rodziny, która zostaje przekierowana na lekarza niemającego czasu porozmawiać. To nasila barierę komunikacyjną między lekarzem a pacjentem. Komunikacja z pacjentem to jest umiejętność, pewna sztuka, do której można mieć większe lub mniejsze predyspozycje, ale na pewno wymaga przećwiczenia i przeszkolenia. Punktem wyjściowym musi być stworzenie możliwości takiej rozmowy lekarzowi. Powinien zajmować się właśnie rozmową z pacjentem, a nie wypełnianiem trzydziestego szóstego tego dnia zamówienia do apteki szpitalnej na antybiotyki. To jest nasz dramat. Dramat służby zdrowia w Polsce.

W 2002 r. po raz pierwszy pojechał Pan na misję do Afryki. Jak wygląda praca w tak ekstremalnych warunkach?

To jest dobre pytanie. Z jednej strony praca tam jest na pewno trudna, natomiast te trudności są bardziej „racjonalne”. Borykamy się tam z rzeczami do przeskoczenia, zadaniowymi, np. musimy zorganizować sobie salę operacyjną, tak żeby działała dobrze i bezpiecznie, ale w zakresie przyjętych możliwości i pewnej logiki. Nie musimy grzęznąć w świecie biurokratycznym. Nie musimy czekać 2 lata, po drodze dostając 1000 zgód, tylko działamy według naszej wiedzy – dobrze, bezpiecznie i poprawnie. Medyczne problemy w Afryce to trochę cofnięcie się do okresu rozwoju chirurgii, kiedy chirurg miał w ręku narzędzia, swoją wiedzę i potrzebę improwizacji, rozwiązywania problemów na bieżąco. Nie chcę powiedzieć, że to było świetne przeżycie czy super przygoda, bo nie chcę stwarzać wrażenia, że pojechaliśmy tam dla zabawy albo wyzwania. Bardzo poważnie podeszliśmy do tej sprawy. Podczas długich odpraw analizowaliśmy taktykę każdego kolejnego zabiegu. Bardzo pilnował tego Profesor Michał Drews, Kierownik Kliniki, który również uczestniczył w wyjeździe. To było przeżycie pokazujące, że jeżeli zachowujemy rozsądek chirurgiczny, analizujemy problemy, staramy się im zapobiegać to jesteśmy w stanie całkiem dobrze sobie radzić i nie potrzebujemy tych milionów przepisów, które są nad nami. W Afryce w czasie naszej działalności mieliśmy znacznie ponad 1000 pacjentów i robiąc 100 zabiegów, jak na tamte warunki trudnych i długich, nie mieliśmy ani jednej złej przygody i ani jednego powikłania. Udało nam się stworzyć bezpieczne warunki i mieć możliwość skupienia się tylko na tym, co ważne: żeby dobrze leczyć pacjenta, będąc sobie sterem, okrętem i żeglarzem. Nie nadużywaliśmy tego. Byliśmy efektywni i ocenieni przez tych ludzi jako bardzo profesjonalny zespół.

Jest Pan twórcą aplikacji iWound. Na jakim etapie jest ten projekt?

Już w najbliższych dniach aplikacja będzie miała swoją premierę szpitalną. Prawie 4 lata temu, zaczynając pracę nad nią, nie było punktów odniesienia i mieliśmy niewiele wiadomości na ten temat. Sami kreowaliśmy na bieżąco narzędzia, a także sposób jej funkcjonowania dla lekarzy i pacjentów. Aplikacja mocno ewoluowała. Bardzo cieszy mnie, że jej aktualna część służąca do monitorowania zakażenia miejsca operowanego u pacjentów już po opuszczeniu szpitala, zbiegła się w czasie z dyrektywą unijną, która czyni te działania obligatoryjnymi dla szpitali. To wygląda niemalże tak, jakbyśmy załatwili dokument, który jest dla nas kluczowy. Niezmiernie cieszy nas fakt, że nasze przewidywania czy kierunek działania pokrywa się z tym, co niezależne eksperckie grona w Europie uważają za kluczowy etap poprawy jakości leczenia chirurgicznego.
Mamy szansę być w absolutnej czołówce krajów na skalę światową, która wspomniane dyrektywy wprowadza w sposób niezwykle rozsądny, ponieważ nie tworzy kolejnego obciążenia dla personelu medycznego, tylko od początku wprowadza system integrujący się z innymi systemami, by wykorzystywać istniejące dane oraz, co bardzo ważne, by angażować pacjenta jako partnera dla lekarza. Pacjent wypełnia sporą część informacji o procesie gojenia, aktywnie w nim uczestnicząc. To niezbędne, aby przestać traktować pacjenta jak przedmiot, który jest przerzucany, obrabiany, raportowany, a zacząć dostrzegać w nim osobę najbardziej zainteresowaną swoim leczeniem. Aplikacja angażuje również pielęgniarkę, która moim zdaniem stanie się kluczowa w kontekście opieki nad raną pooperacyjną i przewlekłą, ponieważ posiada wiedzę, doświadczenie oraz kompetencje. Istnieje duża szansa, że będziemy mieć pierwsze narzędzie, które pozwoli na gromadzenie prawdziwych danych, dzięki czemu dokładnie będziemy wiedzieli, co się dzieje. Na razie posiadane dane są bardzo iluzoryczne.

Czy uważa Pan Profesor, że polskie szpitale i pacjenci są technologicznie i finansowo gotowi na telemedycynę? Czy starsi pacjenci będą potrafili obsłużyć aplikację?

Bardzo wielu pacjentów oczekuje możliwości aktywniejszego włączenia ich w proces leczenia. Testujemy aplikację od dłuższego czasu, angażując bardzo duży odsetek pacjentów i dotychczas nie pojawiły się żadne problemy z ich strony. Oczywiście padają pytania o osoby mniej obeznane z nowoczesnymi technologiami, ale zazwyczaj mają one rodziny, które się nimi opiekują. Zorganizowanie wyprawy do poradni to dla opiekuna czynność, w czasie której kilkanaście razy obsłużyłby aplikację i znalazłby odpowiedź na pytania dużo szybciej i sprawniej. Przez lata pracy nad aplikacją i dyskusji w różnych środowiskach – wspomnę aktywność Polskiego Towarzystwa Leczenia Ran i Towarzystwa Chirurgów Polskich – staraliśmy się myśleć do przodu. Wydaje mi się, że w przyszłości coś, co roboczo nazwaliśmy e-asystent, będzie formą opieki nad osobami mniej sprawnymi, niepełnosprawnymi i starszymi.

Na jakiej zasadzie ma funkcjonować e-asystent?

Mamy bardzo mało pielęgniarek i nie jesteśmy w stanie zagwarantować każdemu pacjentowi dostępu do wyspecjalizowanego personelu. Proszę więc wyobrazić sobie kogoś w rodzaju asystenta z pomocy społecznej czy środowiskowej. Są fundusze i osoby, które nawet chciałyby pomóc, ale są troszkę bezradne, a po krótkim przeszkoleniu mogłyby stać się pośrednikiem w używaniu aplikacji między pacjentem a opiekującym się nim systemem zespołów specjalistycznych. Wówczas taki opiekun odwiedzi pacjenta w domu i w ciągu kilkunastu minut będzie w stanie telemedycznie wspomóc chorego i znacząco poprawić sytuację w zakresie leczenia, konsultacji i zaleceń, bez obciążania systemu, bez organizowania transportu oraz bez kumulowania kolejek w poradniach. Często wizyty pacjentów trwają długo, a tak naprawdę konkluzja sprowadza się do krótkich zaleceń. Nie twierdzę, że technologie są tak dojrzałe, że mogą zastąpić lekarza, ale w wielu sytuacjach mogą bardzo ułatwić decyzję i w pewnych zakresach zmniejszyć kolejki do specjalistów. Myślę, że wszyscy są na to gotowi, choć najmniej gotowe są gremia odpowiedzialne za wydawanie decyzji.

Skąd wynika obecny problem z dostępnością danych pacjentów?

To, że mamy w szpitalach cały szereg totalnie niepasujących do siebie, niekompatybilnych systemów informatycznych, które nie są systemami globalnymi, prawdopodobnie jest efektem tego, że w jakimś momencie, ktoś nie zdał sobie sprawy, że należy to do kompetencji ministerstwa oraz NFZ-u, który też powinien poczuwać się do organizacji, skoro jest jedynym ubezpieczycielem. Na świecie zaczyna funkcjonować protokół HL 7, która zakłada możliwość przesyłania danych pomiędzy aplikacjami i systemami szpitalnymi. I to jest przyszłość. W Polsce powoli widać przebłyski w tym kierunku. Myślę, że naszą główną rolą przy prezentacji aplikacji jest jednoznaczne pokazanie, czego nam trzeba. A trzeba nam konsolidacji istniejących systemów. Musimy dążyć do sytuacji, kiedy jedna dana dotycząca pacjenta wprowadzona do systemu jest w nim dostępna dla szeregu kolejnych aplikacji. Wówczas skończy się wypełnianie piętnastu różnych formularzy, bo nie będzie takiej potrzeby. Będziemy generować nowe rekomendacje, wytyczne i kalkulatory do istniejącej bazy wprowadzonych danych.

Uświetni Pan Profesor swoim wystąpieniem jedną z najważniejszych konferencji o leczeniu ran – Forum Leczenia Ran. Czego będzie dotyczył Pana wykład?

Jeśli mam swobodę działania, wówczas szykuję wykład „na ostatnią chwilę”, ponieważ czasami zdarza się, że udaje mi się umieścić w wystąpieniu coś, co zostało opublikowane online zaledwie tydzień wcześniej. Przygotowując wykład dotyczący zaburzeń gojenia zespoleń wieczorem przed wystąpieniem znalazłem informację, że zespół endoskopowy przeprowadził pionierską operację i udało mi się wygooglować w nocy telefon do pani profesor, która nim kierowała. Następnego dnia na wykładzie połączyłem się z nią na żywo i publiczność, która nie miała pojęcia, że taki zabieg został wykonany, mogła na ten temat porozmawiać z twórcą i usłyszeć, jak to przebiegło, równocześnie oglądając zdjęcia. Na konferencji Forum Leczenia Ran na pewno chcę mówić o kompleksowym leczeniu ran, łączeniu różnych rzeczy, np.: aplikacji, badań mikrobiologicznych, antybiotyków, patogenów rany i terapii podciśnieniowej. Wydaje się, że każde z tych określeń to inny świat. Chcę pokazać, że już jesteśmy w trakcie łączenia aplikacji leczenia ran z systemem wczesnego i szybkiego wykrywania patogenów metodą genotypowania, czyli analizy materiału genetycznego. Jesteśmy w stanie w ciągu 15 minut określić wszystkie patogeny rany i to bardzo precyzyjnie. To jest olbrzymi przełom – musimy wszystkie te elementy rozwijać w jednym systemie, a nie obok siebie. Ja naprawdę nie jestem wyznawcą nowoczesnych technologii i jak mam zmienić telefon, to jestem chory. Jednak nie możemy dopuścić do tego, że powstaną niekompatybilne systemy i niespójne rekomendacje. Musimy przeskoczyć etap systemów równoległych, gdzie wszystko toczy się swoim życiem, często się rozjeżdżając.

Prócz pracy w szpitalu i działalności akademickiej, znane jest zamiłowanie Pana Profesora do gór. Czy odnajduje Pan w nich siłę do dalszej pracy?

W tej chwili jestem emerytowanym kandydatem na himalaistę. Kiedyś bardzo aktywnie działałem i na pewno odnajdywałem w górach olbrzymi napęd i została mi do nich wielka sympatia. Także medycznie nauczyłem się tam bardzo dużo. Za chwilę w Lądku Zdrój jest przegląd filmów górskich i z profesorem Rynem światowej klasy specjalistą choroby wysokościowej, prowadzimy sesję nt. tej choroby. Ja już w tym światku jestem bardziej badaczem i naukowcem. Natomiast jeśli chodzi o podróże to jestem przeszczęśliwy, bo z całą rodziną – moją żoną i dziećmi – mamy wspólny model. Najfajniej jest spakować się i jechać przed siebie daleko w świat. Rok temu byliśmy w Namibii, gdzie przejechaliśmy 6000 km mając samochód z namiotami na dachu. Jechaliśmy totalnie dziką, pustą trasą, zdani wyłącznie na siebie, bez żadnej zorganizowanej formy: jadąc tam, gdzie nam się podobało i śpiąc tam, gdzie było pięknie. Taka podróż totalnie resetuje człowieka. Bardzo się cieszę i doceniam, że robię to z moją rodziną, bo kiedyś obawiałem się, że nadejdzie taki etap w życiu, że podróże ekstremalne trzeba będzie odłożyć. Wyjazdy zmieniły trochę formułę, natomiast ta radość podróżowania, chęć odkrywania ciągle nowych rzeczy i cieszenia się podróżą jest wciąż taka sama.

Jakie są dalsze cele i plany zawodowe Pana Profesora? Co jeszcze chciałby Pan Profesor osiągnąć?

Być może zabrzmi to jak slogan, ale powiem to mimo wszystko. Bardzo chciałbym wciągać w działania i stwarzać warunki do rozwoju dla młodych lekarzy. Oczywiście są również plany zawodowe związane z wprowadzaniem aplikacji, tak żeby promować na świecie naszą polską chirurgię i pokazać, że naprawdę mamy dobre pomysły w Polsce, ludzi mądrych, sensownych i kreatywnych.
Jesteśmy wciąż traktowani niestety, jako „drugi garnitur chirurgiczny”. Bardzo chciałbym przyczynić się do tego, żeby polska chirurgia jak najbardziej zaistniała oraz umożliwiać wchodzenie w nią młodym ludziom. Przywrócić opinię, która była obecna kiedyś, że chirurgia to zajęcie bardzo obciążające, bardzo trudne, wymagające wielu wyrzeczeń i siły, ale dające poczucie tworzenia rzeczywistości oraz wpływu na to, co dzieje się wokół nas, mimo marazmu. Nie jest się wyrobnikiem, tylko kreatorem. Musimy zmienić mentalność, która przez długi czas funkcjonowała nie tylko w polskiej medycynie, że młodzi mają czas, że się nauczą i potem w wieku lat 60 czy 70 zostają doświadczonymi chirurgami. Musimy przeskoczyć pokolenia i spowodować, żeby szkolenie młodych ludzi, którzy naprawdę mają zapał, chęć do pracy, wiedzę i możliwości, przebiegało niewspółmiernie szybciej i wykorzystać do tego wszystkie możliwe narzędzia, wirtualne rzeczywistości oraz programy komputerowe. My żyjemy trochę na granicy tych pokoleń i ci, którzy mają wpływ na to co się dzieje, ordynatorzy i dyrektorzy klinik, powinni cały czas walczyć, aby rozwijać polską chirurgię, ale już nie dla siebie, tylko dla tych, którzy przyjdą i którzy powinni mieć warunki, aby móc zrobić kolejny duży krok na przód. Czyli cel jest prosty: idziemy do przodu.

Prof. dr hab. n. med. Tomasz Banasiewicz (ur. 1969 r.) jest ekspertem w zakresie leczenia ran, terapii podciśnieniowej, telemedycyny, chirurgii przewodu pokarmowego i chirurgii endokrynologicznej. Pracuje jako Kierownik Oddziału Klinicznego Chirurgii Ogólnej, Endokrynologicznej i Onkologii Szpitala Klinicznego im. Heliodora Święcickiego UM w Poznaniu. Jest także organizatorem i uczestnikiem medycznych misji charytatywnych i wypraw wysokogórskich.

4 thoughts on “„Leczenie ran pokazuje naszą dojrzałość chirurgiczną” – wywiad z prof. Tomaszem Banasiewiczem

  1. Dzień dobry Panie Profesorze.
    Serdeczne gratulacje .
    Czytałam artykuł z zapartym tchem.
    Podziwiam i życzę zdrowia i możliwości.
    Niskromnie wspamne że jestem pielęgniarką i pracowałam z kadrą medyczną w ramach ONZ i obecni pracuje w Anglii.
    Bardzo czekam na mądre i skuteczne leczenie ran.
    Serdecznie Pozdrawiam
    Good Lucky.

    1. Dzień dobry Panie profesorze .
      Jesem pielęgniarką w opiece długoterminowej , każdy pacjent jest inny ,mam pacjentkę z odleżyną na lewej kostce stopy ,rana lejkowata ,Atrauman siateczkowy nieco przylega do rany a w środku lejka minimalna mała odleżyna na zew.widoczny wysiek szaro -żółty , czy zastosować Agvacel Ag czy Atrauman Ag a potem Granuflex.Proszę o radę bo mam możliwości rozmowy z lekarzem chirurgiem.Pozdrawiam .Alicja Augustyniak

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *